ksiądz Stanisław Przetakiewicz (1797 - 1876)

Stanisław Przetakiewicz - syn Piotra i Franciszki, urodzony 27 maja 1797 r. w Skępem. Tu ukończył trzy klasy szkoły prowadzonej przez franciszkanów, zwanych w Polsce bernardynami.

Od 20 października 1821 roku cztery lata spędził w Seminarium Duchownym w Płocku prowadzonym przez Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo.

Święcenia kapłańskie otrzymał w 1824 r. Był wikariuszem w czterech parafiach, a od 1829 r. aż do śmierci proboszczem w Zieluniu nad samą granicą pruską. Położył duże zasługi w propagowaniu bractwa trzeźwości (ok. 1857 – 1863 r.) i budowie nowego kościoła murowanego stojącego do dziś. Poprzedni, jeszcze drewniany, ufundowany został w roku 1588 przez wojewodę mazowieckiego Stanisława Kryskiego - wuja św. Stanisława Kostki, spłonął w 1807 r. Po następnym pożarze z 1867 r., w latach 1872 – 1874 został wzniesiony przez ks. Stanisława Przetakiewicza nowy kościół murowany, prawdopodobnie według projektu architekta Ludwika Gosławskiego. Ksiądz Stanisław zmarł 8 kwietnia 1876 r. w Zieluniu, pochowany na miejscowym cmentarzu.

Artykuł o księdzu Stanisławie Przetakiewiczu z "Przeglądu Katolickiego" z 1876 r. (s. 584 - 586):

“Blisko pół wieku będąc proboszczem jednej parafii ks. Przetakiewicz był swego ludu przewodnikiem, ojcem, opiekunem i przyjacielem, nie tylko uczył kochać Boga i bliźniego, ale rzetelnej, uczciwej i trzeźwej pracy. Toteż kochano go za to, szanowano i słuchano jak ojca.

Przy nader skromnym życiu, trunków upajających żadnych nie pił. I pierwszy w diecezji płockiej, a zapewne nawet i w kraju całym, jeszcze w 1854 r. w swej parafii trzeźwość zaszczepił i spowodował, że ta błoga cnota dalej się rozszerzyła i wydała tak zbawienne skutki, jakie dziś w okolicach trzeźwości hołdujących widzimy. Oto są jego słowa: “Smutne i straszne spustoszenie zrobiła gorzałka pomiędzy naszym ludem, ale sam Bóg wejrzał na ginących… Wezwawszy Pana Boga na pomoc, odważyłem się pierwszy w Zieluniu u siebie zaprowadzić trzeźwość i przy pomocy łaski Jego, nie zważając na liczne przestrogi i tłumaczenia ludzkie, choć wystawiłem się na wiele nieprzyjemności z tej strony, szczęśliwie mi jednak się powiodło, Bóg dobry błogosławił mej pracy, trzeźwość w mojej parafii niezachwianie się utrzymuje, a stąd dopiero posunęła się dalej.”

Obok ściśle skrupulatnego spełnienia wszystkich obowiązków gorliwego kapłana, brewiarz w domu czy w drodze nieodstępnym był towarzyszem, nieodstępną bronią tego żołnierza Chrystusowego. Pomimo tak sędziwego wieku brewiarz odmawiał zawsze klęcząc. Ja przed dwoma laty – raz patrząc, jak wieczorem po odmówieniu Matutinum Laudes i dość długich modłach prywatnych, ledwo wstał na nogi – zwróciłem uwagę, że w tym wieku można by siedząc brewiarz odmawiać, na co staruszek żartobliwie odrzekł: “Póki jestem młody /77 lat/ i siły służą, to jak można trzeba Pana Boga chwalić, lecz nie wiem, jak to kiedy będzie na starość.” I rzeczywiście, odwiedzając potem w chorobie widziałem jak bolał nad tym, że pacierzy kapłańskich odmówić nie może.

Posty tak ściśle zachowywał, iż w dni postne nawet mleka używać miał skrupuły. Jarzyny z olejem stanowiły wtedy jego posiłek.

W kościele oprócz zwyczajnych obowiązkowych nabożeństw w niedziele i święte, w godzinach wolnych od katechizowania ludu, pozaprowadzał piękne śpiewy i nabożeństwa, sam ucząc i przysposabiając do tego młodzież. A w niektóre doroczne uroczystości, jak Boże Narodzenie, Wielkanoc i Boże Ciało, dla wspanialszego obchodu uroczystości i świętych ceremonii, swoim kosztem sprawiał odpowiednie ubiory dla przysposobionej do tego obojga płci młodzieży. Zwaśnionych godził, smutnych pocieszał, upadłych dźwigał, słowem życie całe śp. Ks. Przetakiewicza było jednym cięgiem pracy dla Boga, dla religii i dla bliźnich.

Dochodów parafialnych jura stolae za pracę kapłańską ledwo część brał tego, co by prawnie i sumiennie wziąść mógł. A gdzie widział potrzebę, nie tylko nic nie wziął, ale co mógł dał.

JW ks. Popiel, biskup, będąc pasterzem diecezji płockiej, umiał poznać i ocenić ludzi. Ks. Przetakiewicza cicho pracującego w nadgranicznym zakątku, nienastrącającego się i wcale

nie myślęcego o niczem więcej, jak o chwale Bożej i dobru ludu, zaliczył do gremium honorowych kanoników swojej katedry.

Kościół w Zieluniu przez tyle lat starannie upiększony i utrzymywany, przed kilku laty przypadkiem zgorzał. Był to wielki cios w sercu gorliwego kapłana. Lecz sędziwy starzec buduje natychmiast kaplicę i zamyśla o kościele. A że kaplica stanęła dość mocno budowana, obszerna i wygodna, prawie całą parafię pomieścić mogąca, więc parafianie to już chcieli mieć za kościół i o nowym ani myśleli. Otóz ks. Przetakiewicz cały swój fundusz, jaki przez lat kilkadziesiąt zaoszczędził na nie przewidziane wypadki, składający się z kilkuset rubli, wkłada na początek, a przy tym spienięża co może ze swoich ruchomości i z młodzieńczą energią krząta się, zabiega i zakłada nowy kościół. Tym sposobem porusza serca parafian i w kilka lat stanął piękny, murowany, z wyniosłą wieżą, nowy kościół, choć wewnątrz jeszcze wiele brakuje. Na dzień 8 maja rb. kościół miał być zupełnie skończonym i w dniu tym miała odbyć się w Zieluniu trojallo uroczystość: konsekracji kościoła, pierwszy raz solennie odprawiony odpust św. Stanisława, patrona kościoła i fundatora i ponieważ zacny pracownik już 52 lata liczył kapłaństwa i czekał właśnie na tę chwilę, miał więc z błogosławieństwem przytomnego JW biskupa, rządcy diecezji, w gronie konfratrów odprawić jubileusz secunditie. Lecz Bóg inaczej zrządził.”

W miejscach i czasach religijnych zgromadzeń ludowych pierwszy zasiadał w konfesjonale i ostatni z niego wychodził. Jadąc więc na odpust do sąsiedniej parafii, lekko ubrany wśród listopadowego zimna, zaziębił się i po kilkumiesięcznym ciężkim cierpieniu życie zakończył.

Po śmierci lud rzewnie zapłakał nad swoim ojcem, przewodnikiem i opiekunem. A my kapłani straciliśmy cichego nauczyciela, straciliśmy żywy przykład życia i postępowania człowieka kapłana.”