Jan Targański

Mało kto wie, że w Skępem mieszka jeden z ostatnich przedstawicieli ginącego zawodu bednarza. Dębowe beczki są współczesnej cywilizacji niemal niepotrzebne, to i aktywnych jeszcze bednarzy w Polsce można policzyć na palcach obu rąk. Senior rodu - Antoni Targański jest jednym z nich.

Bednarstwo w rodzinie Targańskich nie jest niczym niezwykłym. To nazwisko niemal od zawsze kojarzyło się z wytwarzaniem beczek. - Ojciec pochodził z Lipna i trudnił się bednarstwem - opowiada Jan Targański. - Kontynuował profesję swojego ojca, czyli mojego dziadka. Pradziadek przyjechał w te rejony spod niemieckiej granicy i również trudnił się bednarstwem. Jan Targański kontynuuje więc rodzinną tradycję, nie tylko on zresztą, bo bednarzem jest również jego brat. Wyzwoleni, czyli posiadający papiery czeladnicze, są także dwaj synowie pana Jana. Zajęli się jednak czymś innym - nie wyżyliby z tej profesji. Jan Targański poważniej z tym zawodem zetknął się, gdy miał 15 lat - 45 lat temu. Na początku przez dwa lata intensywnie praktykował u swojego ojca. Nie miał właściwie czasu na głupstwa. - Po powrocie ze szkoły ojciec ganiał do beczek - wspomina. Po dwóch latach nauki razem z bratem otrzymali papiery czeladnicze. Początkowo pracowali wspólnie w warsztacie ojca, później jednak każdy z nich poszedł "na swoje". Ale do dziś współpracują ze sobą. Stolarstwo wymaga na pewno kunsztu i umiejętności, jednak bednarze są artystami wśród stolarzy. Stolarstwo to "klej i już" - jak mówi skępski bednarz. Żeby zrobić dobrą beczkę, każdą klepkę trzeba idealnie dopasować do drugiej. Tu nie można niczego robić byle jak, inaczej będzie można wyrzucić na śmietnik. Obecnie przygotowanie beczki jest o wiele łatwiejsze niż kiedyś, są maszyny. Dawniej każdą klepkę trzeba było przygotować ręcznie. Jan Targański w swoim warsztacie ma jeszcze narzędzia, których niegdyś używał. Teraz nawet rzadko włącza swoje maszyny. Zamówień na beczki jest coraz mniej. Jeszcze w miarę dobrze było dla bednarstwa 10 lat temu. Większe zamówienia przychodziły z przetwórni owoców i warzyw. Teraz niemal jedyny, niewielki rynek zbytu jest wśród chłopów. Sezon na beczki nie trwa jednak cały rok. Dla bednarstwa najlepszy okres to jesień, czas zbiorów. Jan Targański nie czeka jednak aż chłopi przyjadą do niego po jedną lub dwie beczki. Jeździ po jarmarkach, targach, odpustach razem z synami. Oni ładują na samochód swój towar (obaj zajmują się handlem), on beczki i wyjeżdżają w trasę, czasem wracają do domu po tygodniu. W dobrych czasach - wspomina pan Jan - rocznie można było sprzedać i 300 samych beczek, dawniej był także zbyt na donice, balie. Teraz jak niecałą setkę uda się sprzedać, to dobrze. Wazony, małe beczułki do wina Jan Targański robi obecnie tylko dla hobbystów, a donice na zamówienie. Z beczkami niejednokrotnie jeździli daleko poza granice województwa. Na północy dojeżdżali nieraz w olsztyńskie a w drugą stronę aż pod Radom. Na wiejskich targach niejednokrotnie spotykają się bednarze z różnych rejonów Polski, a że została ich garstka zaledwie, znają się więc niemal wszyscy. Sprzedaż beczek obecnie nie jest pewnym źródłem dochodu. Jan Targański miewał i takie dni, że sprzedał tylko jedną beczkę, a zdarzało się również niczego nie sprzedać. Dlatego w tym roku nie kupił już nowych zapasów dębowego drewna. Warsztat i magazyny pełne są gotowych do sprzedaży różnej wielkości beczek. Przeważają te 40 i 50 litrowe. W ciągu 3 - 4 lat pozbędzie się zapasów. - Szkoda na ogień pociąć - mówi. Potem przestanie zajmować się bednarstwem. Będzie pomagał synom, którzy poza handlem zajmują się stolarką tradycyjną. Do tego czasu okazjonalnie będzie robił donice, beczułki do wina. Sporadycznie zdarzają się zamówienia na balie, wiadra z toruńskiego teatru albo muzeum. Czas bednarstwa już się skończył.

 

Opracowanie nadesłane