Antoni Tężycki

Antoniego Tężyckiego znali w Skępem chyba wszyscy. Do jego domu można trafić bez trudu, nawet nie znając adresu. Mieszkańcy, usłyszawszy nazwisko, bez wahania wskazują drogę. - To ten malarz?

O swoich obrazach i malowaniu opowiadał bardzo chętnie i choć tych dzieł i dziełek powstało już bardzo dużo (Antoni Tężycki od ponad 10 lat jest na emeryturze) zachowuje niesłychaną skromność.

Nie jest profesjonalistą. Nigdy nie studiował malarstwa w Akademii czy Szkole Sztuk Plastycznych. Podstawy wiedzy teoretycznej zdobywał na szkolnych zajęciach. Najpierw w Seminarium Nauczycielskim (pan Antoni jest emerytowanym nauczycielem). Później podczas Wyższego Kursu Nauczycielskiego a jeszcze później w trakcie nauki w Studium Nauczycielskim. Zdobywając szlify nauczyciela chłonął jednocześnie wszystko, co miało związek z malarstwem i plastyką.

Zamiłowanie do malarstwa nie objawiło się jednak dopiero w szkole średniej. W zasadzie pasjonowało go odkąd pamięta. Jak mówi, już w szkole powszechnej "lubił patrzeć na obrazki". Najpierw zaczął odwzorowywać "to i owo", robić kopie. Ćwiczył, nabierał wprawy. Własne kompozycja zaczęły powstawać później. Pretekstem do malowania było niemal wszystko, nawet lekcje polskiego, gdy pracował już jako nauczyciel. - Ponieważ wtedy nie było pomocy naukowych tak jak dzisiaj, trzeba je było samemu przygotowywać - opowiada. - Do pogadanek na temat literatury polskiej malowałem obrazki i na podstawie tego opowiadałem dzieciakom co trzeba.

W Szkole Podstawowej w Fabiankach, gdzie uczył przez 25 lat, przez długie lata prowadził także lekcje wychowania plastycznego. Praca pochłaniała dużo czasu, więc malować mógł sporadycznie, wtedy kiedy czas pozwalał. - Na dobre mogłem się temu poświecić, gdy przeszedłem na emeryturę - wspomina.

Przez te lata powstało bardzo dużo obrazów. W zdecydowanej większości są to pejzaże, po drodze było kilka portretów, kilka obrazów powstało na zamówienie. Dla okolicznych szkół np. malował portrety sławnych ludzi, m. in. Mickiewicza, Dąbrowską. Najchętniej jednak maluje naturę. Tłumaczy to tym, że "człowiek od młodych lat zetknięty był z przyrodą".

Maluje chętnie i dużo - kiedy tylko czas i siły pozwalają. Śmieje się, że jakby przejść po skępskich domach, to prawie w co drugim, trzecim wiszą jego obrazy. Miejscowi najbardziej zainteresowani są tematami z terenów Skępego i okolic, dlatego okolicznych pejzaży utrwalonych na płótnach Antoniego Tężyckiego jest najwięcej. O tym, że jest doceniany i jego obrazy podobają się, świadczy fakt, że znajomi, sąsiedzi dopominają się o nowe dzieła. Tym bardziej, iż pan Antoni nie "zdziera z nich". Nigdy zresztą nie starał się zarabiać na swoich obrazach. - Gdyby człowiek czekał na zarobek, to by z głodu umarł - mówi żartobliwie. Z obrazów ma pieniędzy tyle, żeby wystarczało na farby, pędzle, materiały. Bywało, że po plenerach obrazy kupował sponsorujący zakład albo na poplenerowych wystawach obraz komuś się spodobał i kupił go.

Z plenerami to było tak, że gdy w 1970 r. Stowarzyszenie Artystów Nieprofesjonalnych z Włocławka zaprosiło go po raz pierwszy na plener w Sitnicy pod Rypinem miał straszną tremę. Pojechał tam myśląc, że znajdzie się wśród samych artystów, a on amator będzie między nimi jak ta "szara myszka". Na miejscu jednak przekonał się, że umiejętności pozostałych są niewiele większe od jego. Od tego czasu zaczęły się częste wyjazdy na plenery. Był już na jedenastu, jeżdżąc prawie rokrocznie.

Plenerowe wyjazdy to przeważnie miejscowości tutejszego regionu: wspomniana już Sitnica, kilkakrotnie Aleksandrów Kujawski, Nieszawa, Włocławek, Wistka Szlachecka, Skrzynki, Dobrzyń. Raz wyjechali nad morze, do Gąsek. Poza tym pan Antoni ilekroć wyjeżdża gdzieś prywatnie, zawsze pamięta, by zabrać ze sobą materiały do malowania, a jeżeli jest mało czasu - szkicownik.

W ten sposób powstało wiele obrazów z pobytów w górach i nad morzem. Jego dom w Skępem pełen jest dzieł spod jego pędzla. Także rodzina dumna jest chyba z artysty "w rodzinie", bo nikt nie ma tylu jego obrazów co oni. Mieszkający we Włocławku dwaj synowie mieszkania mają przepełnione wręcz obrazami taty. Również siostra pana Antoniego ma ich bardzo dużo.

Czy to jest pasja? Antoni Tężycki odpowiada, że chyba tak. Trwajaca już kilkadziesiąt lat. Najchętniej maluje zimą. Wtedy przy domu nie ma tyle pracy i więcej czasu może poświecić malowaniu. Często podczas plenerów przy sztalugach siedziało się od rana do wieczora. - Teraz ogród domaga się, żeby mu poświęcić swój czas, więc maluję niewiele - tłumaczy. Przez wszystkie lata zebrałaby się jednak imponująca kolekcja olejnych dzieł. Antoni Tężycki nie powie dokładnie ile, nigdy nie liczył. - Chyba parę setek - mówi.

Jego obrazy często wisiały w galeriach podczas zbiorowych i indywidualnych wystaw. A było ich wiele. Kilkakrotnie samodzielnie prezentował swoje dzieła we Włocławku, pozostałe wystawy były zbiorowymi. Dużo ich było w Aleksandrowie Kujawskim, Ciechocinku, no i zawsze odbywały się po plenerach.

Pan Antoni nie wie, co by zrobił, gdyby z jakiś powodów nie mógł malować. - Na pewno byłoby mi przykro. Kiedy ma czas, po prostu zabiera się i maluje. - Jeszcze siły są - mówi. - Oczy mam zdrowe, maluję bez okularów, ręce jeszcze się nie trzęsą, wystarcza pieniędzy na farby. Gdyby nie mógł malować, musiałby zająć się czytaniem. - A jakbym już i czytać nie mógł, to nie wiem, co bym zrobił.

 

Opracowanie nadesłane